Na lotnisku Aeroklubu Krakowskiego doszło do wypadku, w którym poszkodowany został instruktor spadochronowy. Jak donosi w swym artykule Dziennik Polski, spadochroniarz został przetransportowany śmigłowcem do szpitala a jego życie pozostaje niezagrożone. Zgodnie z dziennikarską tradycją, dowiadujemy się, że skoczek uderzył w ziemię z dużą prędkością mając problemy z lądowaniem. Problemy z lądowaniem to olbrzymi kontener znaczeniowy i można troszkę uściślić, co się wydarzyło.
Wypadek ten dotyczy, moim zdaniem, dwóch istotnych kwestii: postępowania skoczka podczas awarii poniżej wysokości 300 metrów oraz unikania kolizji na otwartych spadochronach.
Postępowanie skoczka podczas awarii na małej wysokości.
Procedura awaryjna, w której możemy odłączyć niesprawny główny spadochron i w sposób niczym niezakłócony otworzyć zapasowy (ostatni) spadochron to przywilej. Statystycznie raz 500 skoków skoczkowi zdarza się przystąpić do pełnej procedury awaryjnej. Najniższa wysokość, na której skoczek ma zdecydować o pozbyciu się niesprawnej czaszy głównej jest elementem planu skoku, zależy od doświadczenia, od rozmiaru spadochronu i nieraz od innych czynników pracy zespołowej, uwarunkowań terenowych itp. Wysokość decyzyjna, przyjmijmy zakres 1000 - 450 metrów będzie zawsze wyższa niż ograniczenia sprzętowe. Tym ograniczeniem jest najniższa bezpieczna wysokość otwarcia spadochronu zapasowego. Poniżej pewnej wysokości dramatycznie wzrasta ryzyko, że zapasowy spadochron nie zdąży się napełnić przy pełnej procedurze awaryjnej, czyli odłączeniu głównego spadochronu i niezwłocznego uruchomienia zapasu - czy to manualnie, czy to poprzez dodatkowe systemy wspomagające RSL, RSL MARD (zobacz film jak działają te systemy). Ta wysokość to 300 metrów.
