Obudziło
go szczekanie psów. Właściwie to nawet nie szczekanie tylko jakieś
tarmoszenie się ich zaraz obok. Słyszał wszystko aż zbyt dobrze, może
przez to, że zmutowani padlinożercy kotłowali się tuż za cienką ścianką
namiotu, a może z tego powodu, że miał kaca. A miał. Oj miał. Ruszył się
gwałtownie i zaraz uspokoił, bo zapulsowało w głowie bólem okrutnym.Starał więc się za bardzo nie ruszać i przeskanował powolutku okolicę. Wszędzie, w namiocie walały się puste, plastikowe kubeczki. Kwaśny zapach wyschniętego, zawczasu rozlanego na podłogę, piwa dochodził do jego nozdrzy. To nie był przyjemny poranek. Obok przykryci jakąś plandeką, a może brezentem leżeli pozostali skoczkowie biorący udział w imprezie. Byli prawie wszyscy poza samym hersztem. Marchewa spał z głową na biuście Rudej. Kasia z zapuchniętym okiem i zdartą skórą z nosa leżała tuż obok.





