
Starał więc się za bardzo nie ruszać i przeskanował powolutku okolicę. Wszędzie, w namiocie walały się puste, plastikowe kubeczki. Kwaśny zapach wyschniętego, zawczasu rozlanego na podłogę, piwa dochodził do jego nozdrzy. To nie był przyjemny poranek. Obok przykryci jakąś plandeką, a może brezentem leżeli pozostali skoczkowie biorący udział w imprezie. Byli prawie wszyscy poza samym hersztem. Marchewa spał z głową na biuście Rudej. Kasia z zapuchniętym okiem i zdartą skórą z nosa leżała tuż obok.
– No nie za fajnie – burknął do siebie Leon i postanowił heroicznym wysiłkiem wstać. Trzeba było się przecież odlać, takie sprawy nie mogą czekać zbyt długo i na pewno wygrywają z kacem. Jak postanowił tak zrobił, przyniosło mu to nie tylko ulgę na pęcherzu ale także spowodowało pogłębienie wiary w swoje możliwości. Dał radę, wstał, przeżył imprezę spadochroniarzy i jest cały. No trochę go bolały plecy i łokieć, ale nie miał pojęcia dlaczego. Nawet nie za bardzo chciało to drążyć i dowiadywać się w jakikolwiek sposób prawdy. „Było, minęło” pomyślał.
Psy, które wcześniej ujadały zajmowały się typową, psią robotą. Wywaliły śmietnik i szarpały tektury po kaszance dożynkowej. Były tak zaaferowane swoim zajęciem, że Leon postanowił kopnąć w dupsko takiego bardziej szpetnego kundla. Zakręcony precel ogona obnażał rurę wydechową. W zasadzie tylko dupę było widać z przewróconego śmietnika, to był taki pies bez łba, bez tych psich oczu. Znowu zrealizował swój plan. Rozległo się kwiknięcie, pies wyskoczył i ugryzł Leona w nogę.
Cały odcinek na nowej stronie. Blogger zaczyna coraz bardziej ingerować w treści i mam go zatem coraz bardziej tam, gdzie jego twórcy mają mnie ;)
Komentarze
Prześlij komentarz